poniedziałek, 25 maja 2015

Pod słońcem Sorrento

Recenzja książki:

Katarzyna Kwiatkowska, "Zobaczyć Sorrento i umrzeć", Rozpisani.pl, Warszawa 2014.

wydanie: pierwsze
liczba stron: 348
ISBN: 9788394078607 

Dawno, dawno temu, dzięki bohaterskim wysiłkom nauczycielki, zdobyłam umiejętność gry na fortepianie. W efekcie nie mogłam przeżyć rodzinnych imprez okolicznościowych w spokoju, ponieważ wymuszano na mnie publiczne wygrywanie tego lub owego, m.in. pieśni braci De Curtis "Wróć do Sorrento". Nie ukrywam, że od tamtych czasów nazwa tego włoskiego miasta nie kojarzyła mi się dobrze. Dlatego kiedy przeczytałam informację o ukazaniu się nowej książki Katarzyny Kwiatkowskiej, mój entuzjazm został nieco zmącony wybranym przez autorkę miejscem akcji. Sorrento? Dlaczego, u licha, musiało być to akurat Sorrento? Po zakończonej lekturze skłonna jestem jednak przyznać, że wybór był trafny albo przynajmniej mocno uzasadniony.

Akcja powieści rozgrywa się w 1900 roku - w samym środku wspaniałej "belle époque", w okresie, kiedy śmietanka towarzyska Europy (i nie tylko) uprzyjemniała sobie czas podróżując między jednym kurortem a drugim, próżniacząc się, a czasami odwiedzając okoliczne atrakcje turystyczne. Sorrento do takich celów nadawało się w sam raz: słoneczne południe Italii, w pobliżu intrygujące ruiny starożytnych Pompei i willi Tyberiusza na Capri, groźny Wezuwisz, tętniący życiem Neapol, a także inne atrakcje należące do ówczesnego kanonu "must see". Nic więc dziwnego, że w jednym z miejscowych hoteli spotykamy Anglików, Francuzów, Niemców, Austriaków, Rosjan, Serbów, Polaków, Amerykanów... Jeśli dorzucimy do tego kilkoro Włochów, otrzymamy wesołą gromadkę, która w rękach autorki zamieniła się w grupę potencjalnych szpiegów, morderców lub złodziei, podejrzanych tym bardziej, że część z nich skrzętnie ukrywa swoją prawdziwą tożsamość.



W tej sielankowej atmosferze ginie młoda kobieta. Pozostali towarzysze podróży zadają sobie cały szereg pytań: kto dokonał morderstwa? Z jakiego powodu? I czy na pewno zginęła ta osoba, którą złoczyńca planował zabić? Czy nie nastąpiła tragiczna pomyłka? Pierwsze z wymienionych pytań staje się o tyle palące, że mordercy najprawdopodobniej należy szukać w wąskim gronie zebranym w hotelu. Założenie, że "morderca jest wśród nas" to podstawa, na której wielu autorom (choćby Agacie Christie) udało się zbudować znakomite intrygi kryminalne. Za rozwiązanie zagadki zabiera się tym razem nie Jan Morawski, którego dobrze znamy z poprzednich powieści Katarzyny Kwiatkowskiej, ale jego (prawie) narzeczona, Konstancja Radolińska. Młoda, ambitna i nieco przekorna kobieta próbuje na własną rękę wyjaśnić tajemnicę, która stopniowo wikła się coraz bardziej. Szukając motywów działania mordercy, musi mieć na uwadze nie tylko skomplikowane układy polityczne w ówczesnej Europie, ale także ludzkie namiętności, które pozostają niezależne od epoki, jak miłość, zazdrość czy zachłanność. Sytuacja staje się tym bardziej napięta, iż część gości szaleńczo poszukuje zaginionych kilka tygodni wcześniej dzieł sztuki, podejrzewając siebie wzajemnie o udział w aferze, a pierwsze morderstwo wkrótce pociąga za sobą drugie. Do ostatniej chwili Konstancja - a wraz z nią czytelnik - plącze się w domysłach i próbuje posklejać w całość gromadzone stopniowo informacje.

Oprócz tej ciekawie zbudowanej intrygi ogromną zaletą, którą moim zdaniem można przypisać autorce, jest cecha ogólnie dająca się określić jako staranność. Aby stworzyć tak sugestywne i barwne tło dla swojej opowieści, Katarzyna Kwiatkowska musiała niewątpliwie zdobyć sporo informacji na temat wyglądu Sorrento czy Neapolu w 1900 roku i to nie tylko tych części miast, które znajdowały się w polu widzenia zagranicznych, eleganckich podróżników, ale także tych, które zwykle pozostają poza zasięgiem wzroku przeciętnego turysty. Tu i ówdzie padają aluzje do wydarzeń historycznych rozgrywających się na przełomie stuleci, dyskretnie wplecione w tok opowieści, ale jednak czytelne dla odbiorcy. Staranność przejawia się również w języku. Wobec niestety coraz częstszego niechlujstwa w tej dziedzinie książka, w której każde zdanie wydaje się dobrze przemyślane i "dopieszczone", wyróżnia się bardzo pozytywnie. Nie oznacza to bynajmniej, że styl powieści jest ciężki czy napuszony. Wręcz przeciwnie. Autorce najwyraźniej nie brakuje poczucia humoru, co widać choćby w charakterystyce bohaterów i sposobie nakreślenia niektórych sytuacji.

Moim zdaniem, Katarzyna Kwiatkowska sama postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko, publikując już wcześniej dwie bardzo udane powieści kryminalne. Myślę jednak, że świetnie sprostała nowemu wyzwaniu. "Zobaczyć Sorrento i umrzeć" jest jeszcze na rynku "ciepłą bułeczką", niemalże prosto z drukarni, już teraz jestem jednak przekonana, że warto po nią sięgnąć.




Recenzja została opublikowana także na stronie BiblioNETki.

(Prawa autorskie do powyższego tekstu są zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autora jest zabronione) 

Ziemia Obiecana

Recenzja książki:

Kirsten E. Schulze, " Konflikt arabsko-izraelski", przeł. Bartosz Hlebowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010.

oryginalny tytuł: The Arab-Israeli Conflict (ang.)
wydanie: pierwsze
liczba stron: 255
ISBN: 9788301163518

Niewiele jest na świecie regionów, z którymi łączyłaby się tak skomplikowana i sięgająca tak daleko w przeszłość sieć powiązań historycznych, politycznych, religijnych oraz kulturowych, jak z Palestyną. Żydzi i Arabowie, chrześcijanie i muzułmanie, syjoniści i islamscy fundamentaliści, kibucnicy, ludzie cudem ocaleni z Holokaustu i ich potomkowie - wszyscy oni odcisnęli na tym kawałku ziemi swoje piętno, i dlatego wszyscy przypisują sobie wyłączne prawo do niego. O istnieniu konfliktu arabsko-izraelskiego wie chyba każdy - nie da się ignorować przekazywanych często przez mass media informacji o zamachach bombowych, sytuacji w Strefie Gazy, dyplomatycznych próbach zakończenia sporu. Pytanie tylko, ilu z nas naprawdę rozumie, o co w tym konflikcie chodzi? Skąd wzięła się tak zaciekła nienawiść między stroną żydowską a palestyńską czy, szerzej mówiąc, arabską? Dlaczego nie udało się skutecznie tego problemu rozwiązać, mimo że od powstania państwa Izrael minęło już 67 lat?

Wszystkie te zagadnienia porusza Kirsten Schulze w "Konflikcie arabsko-izraelskim". Objętość książeczki jest niewielka, ale ilość zawartych w niej informacji - imponująca. To tym bardziej godne podziwu, iż autorce udało się nie tylko podać suche fakty (daty, nazwiska, miejsca), lecz także podjąć próbę obiektywnego wskazania przyczyn i skutków opisywanych zdarzeń. Jest to - moim zdaniem - o tyle ważne, iż temat konfliktu bliskowschodniego stanowi materię niezwykle delikatną. Kogo obarczać winą za nieustanne zaognianie sporu? Czy palestyńskich zamachowców-samobójców? Czy żydowskich osadników? Czy może państwa zachodnie, na przykład Wielką Brytanię? Eksponowanie wątku palestyńskiego terroryzmu stwarzałoby wrażenie, że to Arabowie są głównym i jedynym winowajcą. Podkreślanie z kolei agresywności działań Izraela może - choć nie musi - prowadzić do antysemityzmu. Autorce udaje się uniknąć niebezpieczeństwa nadmiernego skupiania się na błędach popełnionych przez jedną ze stron i zachować zdrową równowagę dzięki wskazaniu okoliczności, które wpływały na takie, a nie inne zachowania i decyzje polityków.



Na pochwałę zasługuje wyjątkowo czytelna i przejrzysta struktura pracy, ułatwiająca śledzenie toku opisywanych wydarzeń. Kirsten Schulze zadbała też o zamieszczenie w swojej książce zestawu map, obszernej bibliografii oraz aneksu z fragmentami traktatów, rezolucji, umów i porozumień ogłaszanych i podpisywanych na przestrzeni niemal całego XX wieku i w pierwszych latach XXI stulecia. Tutaj niestety muszę wtrącić uwagę dotyczącą pewnych błędów wynikających z niewłaściwego tłumaczenia oraz redakcji tekstu. Najpoważniejsza dostrzeżona przeze mnie pomyłka pojawiła się w tłumaczeniu tzw. deklaracji Balfoura, która przytoczona jest zarówno w aneksie, jak i we właściwym tekście. Tłumacz przedstawia następującą wersję przekładu: "Rząd Jej Królewskiej Mości sprzyja ustanowieniu w Palestynie domu narodowego dla ludu żydowskiego"[1]. Błąd merytoryczny polega na tym, że w momencie wydawania deklaracji (1917 r.) królem Wielkiej Brytanii był Jerzy V. W tekście powinien więc figurować rząd "Jego Królewskiej Mości".

Książka przede wszystkim przeznaczona jest dla osób, które z różnych przyczyn muszą zapoznać się z podstawowymi faktami dotyczącymi konfliktu bliskowschodniego - na przykład studentów. Sporu toczącego się od dekad na terenie Palestyny nie należy jednak uważać za problem odległy, za przedmiot zainteresowania wyłącznie polityków, za coś, co nie dotyka nas bezpośrednio. Coraz częstsze ataki terrorystyczne w Europie można bowiem traktować jako skutek uboczny sytuacji na Bliskim Wschodzie. Tym bardziej istotne jest zrozumienie przyczyn i źródeł tego zjawiska, w czym pomocna może okazać się praca Kirsten Schulze.


[1] Kirsten E. Schulze, "Konflikt arabsko-izraelski", przeł. Bartosz Hlebowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010, s. 20 oraz 178. 


Recenzja została opublikowana także na stronie BiblioNETki.

(Prawa autorskie do powyższego tekstu są zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autora jest zabronione) 

Nurzając się w odmętach herezji

Recenzja książki:

José Saramago, "Kain", przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2013.

tytuł oryginalny: Caim (port.)
wydanie: pierwsze
liczba stron: 168
ISBN: 9788378184157

Okazuje się, że jako osoba wierząca nie powinnam była w ogóle sięgać po książkę José Saramago. Z informacji, które wyszukałam wynika, że twórczość tego autora znalazła się na Indeksie Ksiąg Zakazanych (tak, tak, on dalej istnieje!). Na szczęście nie grozi mi już spalenie na stosie ani inne mało przyjemne reperkusje moich czytelniczych występków, ale muszę teraz zmierzyć się z zagrożeniem duchowym, wobec jakiego postawił mnie Saramago.

Portugalski noblista w stosunkowo krótkiej książeczce przedstawia nową wizję wydarzeń opisanych już dawno, dawno temu na kartach Starego Testamentu. Czyni to zresztą w specyficznej konwencji, nie przestrzegając zasad interpunkcji czy wydzielania dialogów. Przypomina pod tym względem starego, dobrego Jamesa Joyce'a, choć w nieco złagodzonej formie.

Opowieść zaczyna się w rajskim ogrodzie Eden, a jej głównym bohaterem staje się Kain, który - jak wiadomo - dopuścił się morderstwa na swoim bracie, Ablu. Za karę błąka się w czasoprzestrzeni, przenosząc się a to w przyszłość, a to w przeszłość, obserwując m.in. budowę wieży Babel, zniszczenie Sodomy i Gomory czy zdobycie Jerycha przez Izraelitów. Wnioski, które wysnuwa ze swoich obserwacji, można streścić tak: Bóg wcale nie jest dobry i miłosierny, wręcz przeciwnie - jest okrutny, niesprawiedliwy, złośliwy i we współpracy z szatanem manipuluje ludzkością jak zabawką. Takie postawienie sprawy może szokować. Kiedy jednak mój szok już ustąpił, postawiłam sobie dwa pytania. Pierwsze z nich brzmi: co wydarzyło się w życiu José Saramago, że w jego umyśle ukształtował się taki właśnie obraz Boga? A drugie: jaki był właściwie cel autora? Rozumiem, że chciał przekazać swoją myśl "Bóg jest zły". Ale co z tego wynika - dla niego samego i dla jego czytelników? Jaki ma to wpływ na jego życie?


Peter Paul Rubens, "Kain zabijający Abla, 1608-1609

Na te pytania nie potrafię udzielić odpowiedzi, a przyznam, że są dla mnie kluczowe, jeśli miałabym podjąć się rzetelnej oceny tej powieści. Mój własny, całkowicie subiektywny obraz Boga jest diametralnie odmienny. Wynika on nie tyle z tego, co przeczytałam na kartach Biblii, ile z osobistych doświadczeń. Dlatego właśnie zastanawia mnie czysto po ludzku, przez jakie duchowe zakręty musiał przejść autor, aby dojść do zaprezentowanej w książce koncepcji. Saramago nie jest przecież pierwszym, którego nurtuje problem istnienia zła albo raczej niezawinionego cierpienia. Przez całe stulecia pisano o tym, ale wydaje mi się, że w życiu Saramago musiało się wydarzyć coś, co skłoniło go do udzielenia w tej kwestii odpowiedzi w postaci "Kaina". Odpowiedzi pełnej nienawiści, pogardy i goryczy.

Sądzę, że pisarz odczytuje Stary Testament w taki sposób, aby dopasować tok narracji do z góry postawionej tezy. Pozostawia na boku fakt znany każdemu, kto choć trochę interesuje się Biblią, że wiele treści zawartych w Księdze Rodzaju czy Księdze Wyjścia należy odczytywać nie dosłownie, lecz jako alegorie. Poza tym noblista dodaje do starotestamentowych wątków swoje własne, jak choćby ten związany z Lilit, co ma dodatkowo wzmacniać jego tezę. Trzeba jednak zdecydować się - albo budujemy obraz Boga w oparciu o przekaz Starego Testamentu i wtedy trzymamy się jego treści oraz pewnych ustalonych już zasad interpretacji, albo kształtujemy indywidualną wizję, ale zdając sobie sprawę z tego, że manipulujemy przekazem biblijnym dla własnych potrzeb.


Henri Vidal, "Kain", 1896.

Po przeczytaniu "Kaina" wystawiłam mu ocenę 3, czyli "przeciętny". Nie mogłam dać wyższej, ponieważ nie zgadzam się z punktem widzenia autora. Uważam, że Saramago zlekceważył wiedzę o kontekście historyczno-kulturowym powstawania Starego Testamentu. Oczywiście nie jest to praca naukowa, lecz literatura piękna, jednak taki sposób podejścia do sprawy doprowadził, moim zdaniem, do zniekształceń i wypaczeń. Na obniżenie mojej oceny wpłynął też wspomniany już brak wyraźnie zarysowanego celu, do jakiego zmierzał autor. Jeśli chciał jedynie zamanifestować swoją nienawiść do Boga, to snucie całej opowieści o Kainie było chyba niepotrzebne. Zrozumiałabym, gdyby pisarz prowadził nas przez Stary Testament, chcąc razem z nami szukać odpowiedzi na swoje wątpliwości i pytania. Ale on nie szuka, on ma już gotowe założenie i z wyraźną satysfakcją celebruje swoją nienawiść. Nie mogłam jednak postawić oceny niższej, przede wszystkim dlatego, że doceniam podjęcie trudnego i kontrowersyjnego tematu. Daleka jestem od potępiania kogokolwiek za wyrażanie swoich myśli. Potraktujmy więc to tak, że daję autorowi punkt za szczerość. I jeszcze jeden za poczucie humoru.

Na koniec myśl, którą proszę potraktować jako moją opinię całkowicie prywatną. W końcu skoro Saramago może stawiać śmiałe tezy, dlaczego ja nie? Czy nie jest może tak, że Bóg jest jednak wobec nas w porządku? Stawia nam od początku jasne warunki i wymagania, ostrzega też, jakie mogą być konsekwencje niewywiązywania się z umowy. Czy nie jest może tak, że zachowujemy się jak rozkapryszone dzieci, którym się wydaje, że pozjadały wszystkie rozumy i które chcą robić wszystko po swojemu, a kiedy wpadną w kłopoty, mają pretensje do Boga? Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to nie tłumaczy całego zła obecnego na świecie. Jeśli oczekujecie jednak satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg dopuszcza do niezawinionego przez człowieka cierpienia, nie znajdziecie jej. Odpowiedź udzielona przez Saramago i brzmiąca "bo Bóg jest zły", dla mnie nie jest wystarczająca, ponieważ po pierwsze, moje własne doświadczenie mówi mi co innego, a po drugie, uważam, że jest to próba zrzucenia całej odpowiedzialności na Boga i jednocześnie "wybielenia" ludzkości jako takiej. Niestety - stawiając pytanie o istnienie niezawinionego cierpienia skazani jesteśmy albo na pokorne zaakceptowanie naszej niewiedzy, albo na mozolne poszukiwanie własnych odpowiedzi, choć - moim zdaniem - bez większych szans na to, aby były to odpowiedzi możliwe do przyjęcia przez wszystkich. 

Recenzja została opublikowana także na stronie BiblioNETki.

(Prawa autorskie do powyższego tekstu są zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autora jest zabronione)

Krwawiąca rana Afryki

Recenzja książki:

Robert Łoś, "Konflikty w Sudanie", Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2013.

wydanie: pierwsze
liczba stron: 230
ISBN: 9788301173593

Na książkę Roberta Łosia można spojrzeć z dwóch perspektyw. Po pierwsze, to praca o charakterze stricte informacyjnym, stanowiąca kolejny tom PWN-owskiej serii "Kompendia historyczne". O ile mi wiadomo, jest jedną z niewielu pozycji poruszających temat współczesnego Sudanu, dostępnych w języku polskim. To o tyle istotne, iż sytuacja polityczna w tej części świata zmienia się szybko - państwo Sudan Południowy powstało przecież zaledwie 4 lata temu - nakreślenie aktualnej jest więc potrzebne i przydatne.


Z realizacji tego celu autor wywiązał się bardzo dobrze i sprawnie. Na 146 stronach zgromadził podstawowe informacje dotyczące przede wszystkim historii Sudanu od momentu uzyskania niepodległości w 1956 r. do secesji południa i wydarzeń z roku 2012. Ich ilość skumulowana na tak niewielkiej liczbie stron może przytłaczać w czasie lektury, jednak taka była zapewne koncepcja całej serii: ukazanie kluczowych faktów w telegraficznym skrócie. Wartość pracy podnoszą indeksy, mapy, leksykony ważniejszych pojęć i postaci oraz aneks zawierający główne dokumenty (przede wszystkim rezolucje ONZ) w sprawie konfliktu sudańskiego. Te cenne dodatki do głównego tekstu zajmują aż 84 strony.

Moją uwagę przykuło jednak to, że pisząc o wydarzeniach sięgających w odleglejszą przeszłość Sudanu, Łoś odwołuje się do literatury, która - moim zdaniem - nie nadaje się do cytowania w opracowaniach o charakterze naukowym. Chodzi na przykład o podręczniki, takie jak "Historia starożytna" autorstwa Marii Jaczynowskiej, Danuty Musiał i Marka Stępnia. Na usprawiedliwienie autora należy powiedzieć, że tego typu odwołaniami posłużył się w rozdziale wstępnym, nieodnoszącym się do najistotniejszych treści, jakie zamierzał przekazać. Ponieważ jednak literatura związana z dawniejszymi dziejami Sudanu jest stosunkowo bogata, myślę, że warto byłoby sięgnąć właśnie do niej, a nie do prac służących najczęściej jako studenckie skrypty.

Inna uwaga dotyczy korekty i redakcji tekstu. W niektórych fragmentach książki nie zadbano o ujednolicenie zapisu nazw arabskich w polskiej wersji. Dlatego też na jednej stronie figuruje nazwa "Dżezira"[1], a już na następnej ten sam region to "Gezira"[2]. Drobne błędy pojawiają się też w innych miejscach: "Konflikty kolonialne 1869-1939" Andrzeja Bartnickiego zostały wydane w 1971 roku, a nie w 1931, jak podaje kilkakrotnie Robert Łoś[3]. Swoją drogą, tego typu pomyłki (szczególnie literówki) pojawiały się także w tomie z tej samej serii, który czytałam poprzednio, tzn. "Konflikt arabsko-izraelski" Kirsten E. Schulze. Należałoby więc chyba zasugerować wydawnictwu PWN nieco większą staranność w przeprowadzaniu korekty i redakcji tekstu.

Jest jednak jeszcze druga perspektywa, z jakiej można patrzeć na tę książkę. Spośród gąszczu zaprezentowanych informacji niemal niedostrzegalnie wyłania się tu obraz tragedii miejscowej ludności, która ponosi największe i najbardziej tragiczne konsekwencje niekończącego się konfliktu. Brutalność każdej ze stron wojny domowej, manipulowanie przez rząd pomocą humanitarną, głodzenie i torturowanie własnych obywateli są tym, co najbardziej wstrząsa w czasie lektury. Opisując sytuację polityczną w Kordofanie i Darfurze w 1986 r., autor wspomina: "Strony konfliktu nie dopuszczały też w tamte rejony transportów z międzynarodową pomocą żywnościową, z głodu zmarło ponad 300 tysięcy ludzi"[4]. Odnosząc się natomiast do wydarzeń z roku 1991, stwierdza: "Szczególnie mocno prześladowano chrześcijan i wyznawców innych religii. Przestrzegania zasad religijnych pilnowała specjalnie do tego powołana policja. Zwalczała ona wrogów politycznych, nie stroniąc od tortur. Powszechne było wtedy wypędzenie na pustynię lub pozbawianie racji żywnościowych tych, którzy odmawiali przyjęcia islamu"[5]. Albo: "Żywność docierała tam, gdzie wskazał rząd, a rząd wspomagał swoich. Z niepokornymi walczył, głodząc ich"[6]. Jeszcze kilka lat temu można było zobaczyć w telewizyjnych wiadomościach relacje z głodującego i zniszczonego wojną Sudanu. Teraz - mimo że sytuacja mieszkańców tego regionu jest w dalszym ciągu dramatyczna - media straciły zainteresowanie. Wypadałoby sarkastycznie stwierdzić, że konflikt trwa tam już tak długo, iż przestał być dla mediów atrakcyjny. A największą irytację wzbudza fakt, że pozwala się na to, aby krajem rządził człowiek oskarżany przez Międzynarodowy Trybunał Karny o ludobójstwo na własnym narodzie[7]. 


Po "Konflikty w Sudanie" sięgnęłam głównie z powodu zainteresowania historią tego rejonu świata i chęci poszerzenia wiedzy na ten temat. O ile jednak nie jestem teraz w stanie powtórzyć z pamięci nazw kilkudziesięciu wzajemnie się zwalczających organizacji sudańskich, o tyle książka Roberta Łosia zwróciła moją uwagę na losy ludzi, którzy rodzą się w czasie wojny, przez całe życie - nierzadko bardzo krótkie - muszą walczyć o przetrwanie w warunkach wojennych i niestety często giną jako ofiary konfliktu. Ta krwawiąca rana Afryki jest otwarta już od wielu dziesięcioleci. Wstrząsa to, że siły polityczne ogólnie pojętego Zachodu wydają się niezainteresowane jej uleczeniem i zabliźnieniem.

[1] Robert Łoś, "Konflikty w Sudanie", Wydawnictwo Naukowe PWN, 2013, s. 12.
[2] Tamże, s. 13.
[3] Np.: tamże, s. 19.
[4] Tamże, s. 61.
[5] Tamże, s. 67.
[6] Tamże, s. 68.
[7] Por.: http://www.rp.pl/artykul/162827.html, 24.05.2015 r.

Recenzja została opublikowana także na stronie Biblionetki.

(Prawa autorskie do powyższego tekstu są zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autora jest zabronione)

niedziela, 24 maja 2015

W drogę!

Recenzja książki:

Robert Ward, "Moja droga do Santiago. Opowieść pielgrzyma-agnostyka", przeł. Marta Dziurosz, wyd. Sic!, Warszawa 2010. 
  
oryginalny tytuł: All the Good Piligryms. Tales of the Camino de Santiago
wydanie: pierwsze
liczba stron: 284
ISBN: 978-83-61967-07-1

Nie ma chyba w Europie szlaku pielgrzymiego, który obrósłby większą sławą niż droga do sanktuarium św. Jakuba w Santiago de Compostela. Wydaje się wręcz, że pątników przyciąga nie tyle ono samo, co właśnie droga do niego. Funkcjonująca od średniowiecza El Camino (hiszp. "droga") nabrała głębokiego – niemal mistycznego – sensu, a wędrujący nią pielgrzym powinien podporządkować się zwyczajom i regułom wypracowanym przez tysiące, a może i miliony jego poprzedników. Kanadyjczyk Robert Ward wyrusza po raz piąty w pieszą wędrówkę do Santiago tzw. trasą francuską. Nie jest to jednak typowa pielgrzymka, bo czy agnostyk może pielgrzymować do chrześcijańskiego sanktuarium? Opowieści współtowarzyszy jego podróży wskazują, że ludzie zmierzają do Santiago bez względu na swoje przekonania religijne. Jeśli nie kierują się wiarą, co skłania ich do podjęcia tak ogromnego wysiłku (nie tylko fizycznego)? "Dlaczego wędrujesz Camino?" to chyba pytanie, które zadają sobie nawzajem najczęściej. A odpowiedzi i powodów jest tak wiele, jak wielu jest pielgrzymów. Jedni chcą wyprosić cud, inni podziękować, a jeszcze inni... naczytali się Paolo Coelho, a konkretnie jego powieści wydanej pod polskim tytułem "Pielgrzym". Ward co prawda nie ocenia pobudek motywujących ludzi do podjęcia wędrówki, wydaje się jednak, że do fanów Coelho odnosi się sceptycznie: "Jeśli zobaczycie na Camino pielgrzyma czytającego książkę, jest duża szansa, że jej autorem jest Coelho. [...] Dzięki [jego książce] na drogę do Santiago trafiły dziesiątki tysięcy pielgrzymów z Brazylii i reszty świata. Niektórzy zrażają się do książki, odkrywając, że nie jest ona zbyt dokładnym odzwierciedleniem ich doświadczeń. Pęcherze, zmęczenie, upał i brudne pranie nie grają roli na Drodze Coelho. Książka zawiera dziwne chronologiczne i topograficzne niespójności, zaś Hiszpanie Coelho – w odróżnieniu od pomocnych miejscowych, których spotyka większość z nas – są jak statyści z thrillera"[1].




Książka Roberta Warda zdecydowanie nie ma charakteru religijnego. Przedstawia ona obraz Camino jako zjawiska społecznego i kulturowego. Autora interesują przede wszystkim ludzie, których spotyka na szlaku. Oni są tu najważniejsi – oryginalny tytuł "Mojej drogi..." brzmi przecież "All the Good Pilgrims: Tales of the Camino de Santiago" (Wszyscy dobrzy pielgrzymi. Opowieści z Camino de Santiago). To przybysze ze wszystkich stron świata, ale również ludzie, którzy mieszkają przy szlaku – na stałe lub tymczasowo – prowadząc schroniska, tawerny, sklepy itp.

Największy mankament tej publikacji to niestety redakcja i korekta. Pojawiają się na przykład fragmenty sugerujące, że w czasie redagowania tekstu w edytorze nie została wyłączona funkcja autokorekty. Najbardziej rozbawił mnie następujący przykład: "Kilka chwil później wchodzi Horda – dziewczyna, którą z początku wziąłem za Japonkę, ale która tak naprawdę jest rodem z północy mojego kraju. Oczywiście to na Camino po raz pierwszy spotykam Inuitkę. Po kilku latach pracy na stanowisku sekretarza prawnego w subarktycznym sądzie objazdowym Rhoda przyjechała do Europy, powłóczyć się"[2]. Pytanie za sto punktów: jak miała na imię dziewczyna, której dotyczy fragment? Dalsza część tekstu sugeruje, że wersją prawidłową jest imię Rhoda, które – tak przypuszczam – komputer redaktora, wesoło przestawiając literki, skojarzył ze słowem "horda" i uznał, że takie właśnie imię powinna nosić Inuitka.


Przykro dostrzegać co chwilę takie potknięcia i taką niedbałość redakcyjną w książce, której treść jest ciekawa i wartościowa. Robert Ward wędruje, obserwuje, komentuje, dostarczając w ten sposób ciekawych uwag i wskazówek, które trudno byłoby znaleźć w przewodnikach turystycznych. Opowieść Kanadyjczyka tchnie przede wszystkim rzeczywistą sympatią i życzliwością wobec napotkanych ludzi, chęcią upamiętnienia ich, pokazania gościnności Hiszpanów mieszkających przy szlaku. Mój wybór książki nie był przypadkowy – sięgnęłam po nią celowo, ponieważ już od jakiegoś czasu planowałam odwiedzić Santiago de Compostela. Jej lektura upewniła mnie, że najcenniejsze przeżycia – również duchowe – można zdobyć nie tyle w samym sanktuarium, co w drodze do niego. Przekonała mnie także, że jeśli nie potrafimy sami sobie udzielić odpowiedzi na kluczowe pytanie: "Dlaczego chcę wyruszyć na Camino?", nie powinniśmy się tym za bardzo przejmować. Może wystarczy poczekać i przyjąć to, co Droga będzie nam miała do zaoferowania?

[1] Robert Ward, "Moja droga do Santiago. Opowieść pielgrzyma-agnostyka", przeł. Marta Dziurosz, wyd. Sic!, 2010, s. 178.
[2] Tamże, s. 197.

Recenzja została opublikowana także na stronie BiblioNETki. 

(Prawa autorskie do powyższego tekstu są zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów bez zgody autora jest zabronione)

Witam

Witam serdecznie na moim blogu.

Już od dłuższego czasu próbowałam stworzyć tego typu miejsce i powiem egoistycznie - głównie dla samej siebie. Do głowy nierzadko przychodzi taki natłok myśli, a do serca i duszy taki natłok wrażeń i odczuć, że dobrze byłoby mieć miejsce, w którym mogłabym je utrwalić. A jeżeli komukolwiek mogą się te zapiski przydać - będzie mi bardzo miło. Pewnie zwykle będą tutaj dominować recenzje książek, których czytam dużo. Nie wiem, na ile będę w stanie znaleźć czas, aby zamieszczać je regularnie, ale... pożyjemy, zobaczymy.

Z góry proszę o wyrozumiałość dla początkującej blogerki :)